Guzior po legalnej płycie „Evil Twin”

Gdyby tak zastanowić się czego powinno oczekiwać się od młodego rapera, który wydał już swoją debiutancką płytę i bierze się za kolejną, to pierwsze co przychodzi mi do głowy, to progres.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Szczególnie, gdy z swoją debiutancką płytą ustrzeliło się jedynkę na OLiS-ie. Co wtedy? Co zrobić, by wywołać jeszcze większe „WOW” wśród odbiorców, by ten pozytywny vibe i hype trwał dalej? Odpowiedź jest prosta. Zrobić to, co Mateusz, czyli dotychczasowy sukces uznać bez niepotrzebnej napinki za dobry start i lecieć dalej, licząc na to, że znowu się jebnie niczym kamehame-ha!

Bez wątpienia w twórczości Guziora nastał czas, by wyjść przed szereg młodych polskich MC’s i pokazać więcej energii. Taką właśnie wersje Matiego widzimy na jego nowym albumie, pt. „Evil Twin”. Podnoszący głos i wymachujący rękami #Zeus z bardziej ekspresyjnym i żywym flow robi na bitach sporo zamieszania niczym Tajfun. I choć nowy krążek przypomina momentami „YlloM” (jak chociażby w narkotycznym „EEHE” czy paranoicznym „Omori Omori”), to przemiana Guziora z lekkoducha w bardziej żywiołowego rapera jest trudna do przeoczenia. Nic tylko się cieszyć, że chłopakowi chciało się ruszyć tyłek i wyjechać do Japonii robić płytę, bo niewątpliwie ten wyjazd bardzo go zmotywował i ożywił.

Przesłuchując jego debiut, trudno byłoby go sobie wyobrazić na szybszym, mocno elektronicznym bicie, a tymczasem Mati zaskakuje i robi nam w bani niezły Karnawał. Teraz już chyba nikt nie ma wątpliwości, że Kuba nie chybił przy transferze. 

Z takimi kawałkami na płycie Guzior może spokojnie ruszyć w trasę koncertową porywać tłumy i czerpać z nich energie #Goku. Kto wie, może na kolejnych koncertach Guzior będzie robił stage diving albo wspinał się po scenicznych rusztowaniach, niczym Quebo? 

Pytanie tylko na jak długo Mati taki pozostanie, bo choć sam mówi, że jest jak nowy Dragon Ball Super, to zdążyliśmy się już niejednokrotnie przekonać, że z raperami bywa jak z kobietami – są zmienni.

Czas pokaże, ale jak na razie jedno jest pewne. Reprezentant QueQuality pozytywnie zaskoczył, a jego nowa wersja nie odbije się bez echa na polskiej scenie i zapewne jeszcze nie raz o nim usłyszymy. W jakiej odsłonie kolejnym razem? Pożyjemy, zobaczymy #MatiToPrzechuj.

Tekst: M.A.R.O.

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ