Zapraszam do lektury pierwszej części recenzji, która będzie nietypowa, a to dlatego, że będzie dotyczyć nietypowej płyty, projektu zrealizowanego z niespotykanym jak dotąd na polskiej scenie rozmachem i dopracowanego w swojej nieszablonowości. Mowa oczywiście o Egzotyce od Quebonafide. Krążku do którego zrealizowano klipy z różnych zakątków świata i to nie po to by stworzyć coś co będzie dobrze banglać na głośnikach. Ta płyta ma skłonić do przemyśleń, może nawet zmienić światopogląd, tak jak w przypadku samego jej autora.

Odczucie to towarzyszy Nam już od pierwszego kawałka (o ile uświadomimy sobie jaki jest całościowy zamysł i koncepcja albumu). „Oh my Buddha” w którym mamy do czynienia z żywym i kolorowym Bangkokiem opisywanym na klimatycznym bicie Sherlocka przez Que. Dla większości słuchaczy jest to typowo zabawowy kawałek z wypadu grupy kumpli do egzotycznego kraju. #KacVegas2. Trudno się z tym nie zgodzić patrząc na teledysk, ale warto zwrócić też uwagę na fakt, że Kuba kładzie nacisk w tym utworze na swoiste połączenie sacrum i profanum, co widać w poniższym wersie:
„Świątynie, burdele i oba te cele. Walczą tu ze sobą jak Yoda z Vaderem. Zabawnie jak warto hodować złudzenie”. Oczywiście nie brakuje w tym kawałku metafor i zabaw słowem pokroju: „Mój bracik poznał Tajkę, były niezłe jaja”, ale akcentowana jest również bieda i kiepskie warunki sanitarne panujące na ulicach miasta. Zwracanie uwagi na powyższe kontrasty jest istotne pod kątem następnych numerów z płyty, co postaram się udowodnić.

Teraz przenosimy się do Meksyku, stolicy przeciwników Stanów Zjednoczonych popijających tequile, a wśród nich gringo, którym jest Quebonafide. W tym utworze również możemy dostrzec kontrasty, jak i nawiązania do wiary: „Gorące spojrzenia wśród zimnych uliczek, i tyle samo tu piękna co krzywdy, mimo że co drugi ma naszyjnik z krzyżykiem Nie zabrakło oczywiście wskazania na niezbyt przyjazne nastawienie rodowitych Meksykanów w stosunku do Amerykanów. Wynika to z głęboko zakorzenionego patriotyzmu każdego Meksykanina i jego poszanowania wolności, która jest dla niego ważniejsza niż jakiekolwiek dobra materialne. Przynajmniej takie przesłanie płynie moim zdaniem z refrenu, który w połączeniu z idealnie dopasowanym bitem od Tekena tworzy wyrazistą i spójną całość.

Następnymi kawałkami z płyty są „Szejk” i „Bollywood” z gościnnym udziałem Czesława Mozila. Jak pamiętamy oba numery wraz z teledyskami trafiły do sieci tego samego dnia, jeden po drugim. Pierwszy był klip z Dubaju, pełen przepychu i luksusu. Mowa w nim o tym, że w dzisiejszym świecie najważniejsze są pieniądze i dobra materialne, którymi trzeba się chwalić, bo to wyznacza Naszą pozycje społeczną, a kupić można obecnie absolutnie wszystko. W skrócie jest numer „dla wszystkich którzy marzą żeby ten hajs Nas zepsuł” i tych, którzy odczuwają nieskończoną chęć bogacenia się za wszelką cenę, co jest przedstawione w dość ironiczny i karykaturalny sposób, o czym świadczą chociażby wtrącenia Solara. Tak czy inaczej kawałek ten odbił się szerokim echem w Internecie i nie obyło się bez hejtów od mniej ogarniętych słuchaczy skierowanych w stronę Queby, że hajs i hype namieszały mu pod kopułą.
Odpowiedzią na nie był numer z Indii, który swoją kontrastowością i siłą przekazu wszystko wyjaśnił. Kawałek „dla wszystkich, którzy chcą zmienić życie na lepsze. Przepych zamienił się w ubóstwo, luksus w nędze, a chęć wzbogacania się, w pragnienie przetrwania. To wszystko przedstawione w bardzo emocjonalny sposób- „Wszędzie widzę zmęczone twarze i opuchnięte ręce. Patrzę na ludzi i zastygam jak posąg”. Wersy tego pokroju rzucane przez Quebo plus świetny pod kątem przekazu refren Czesława Mozila naprawdę bardzo mocno oddziałują na słuchacza i skłaniają do przemyśleń. Przez zestawienie „Szejka” i „Bollywood” uwydatniają się różnice i nierówności społeczne, a wartość pieniędzy nabiera nowego, głębszego znaczenia, o czym zdaje sobie sprawę sam Que nawijając: „Mówić ile zarabiam na minutę miałem tupet”#Trip.

Po tak dosadnym zestawieniu dwóch kontrastowych numerów Kuba serwuje Nam dość luźny numer prosto z stolicy piłki nożnej, czyli słonecznej Brazylii.Luís Nazário de Lima” wydaje się być odskocznią dla słuchacza od trudniejszego w zrozumieniu przekazu, przedstawionego na reszcie płyty. Numer o miłości do piłki nożnej, bo jak wiemy Quebo jest wielkim fanem „kulania” piłki na orliku, ale i o marzeniach brazylijskich dzieciaków z faweli, którzy mają do wyboru albo grać w piłkę albo zostać małoletnimi przestępcami- „albo zostać bandytą albo joga bonito”. Za ostateczne przesłanie kawałka można uznać stwierdzenie, że przyszłość zależy jedynie od Nas, niezależnie od okoliczności i miejsc w których żyjemy, możemy zostać raperem, piłkarzem albo złodziejem. Decyzja należy do Nas.

Teraz przechodzimy do numeru, uznanego przez wielu za koncertowy banger i trudno się temu dziwić, słysząc to co na bicie wyczynia FORXST, ale czy aby na pewno w „Madagaskarze” chodzi tylko o to żeby dobrze bujało? Zacznijmy od tego, że sam raper w jednym z wywiadów udzielonych po premierze Egzotyki, wyznał że: „Stereotypem na pewno było piękno Madagaskaru, które okazało się skrajną biedą”, czego wydźwięk możemy dostrzec w jednym z wersów: „Nie wierz w to co mówi TV, w to co pisze prasa”. Możliwe, że właśnie owo rozczarowanie Madagaskarem wpłynęło na to, że w samym kawałku bardzo mało o nim mowy, a więcej osobistych wersów. Czy można uznać to za minus? Myślę, że to zależy od tego, czy chcemy by każde miejsce odwiedzane przez Kubę na płycie było motywem przewodnim, czy jedynie inspiracją lub tłem do numeru. Tak czy inaczej, dla mnie w tym numerze największą robotę odwalił FORXST i możliwe, że to głównie dzięki niemu ten kawałek cieszy się aż taką popularnością.

Skoro już mowa o sztosowych bitach, to pora na „Changę” z iFanim na feacie. W tym numerze największe wrażenie zrobiło na mnie zmienne flow Quebonafide, które usuwa przekaz na drugi plan. Może to i lepiej biorąc pod uwagę, że szczerze nie mam pojęcia o czym nawija czarnoskóry gość (który swoją drogą wśród tamtejszej społeczności, jest gwiazdą wielkiego formatu, rozpoznawaną praktycznie wszędzie, o czym nie zdawał sobie sprawy sam Quebo, zapraszając go do numeru) Warto zwrócić jeszcze uwagę na zaakcentowanie w numerze empirycznego poznawania świata kosztem wiary w siły wyższe- „Dla mnie Bóg nie jest już żadnym ekspertem”.

Tym jakże entuzjastycznym cytatem zakończymy pierwszą część Naszej podróży z Quebonafide po kontynentach świata. Już teraz zapraszam wszystkich do części drugiej, w której wraz z Wesołą Ekipą odwiedzimy między innymi Paryż, Islandię, Japonię i Australię.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ