Zeus o przemyśle muzycznym, swoich doświadczeniach, życiu prywatnym oraz o tym, czy czuje się filozofem polskiego Hip-Hopu w rozmowie z Kingą Czernichowską, dziennikarką gazetawroclawska.pl 

Skąd ta przemiana? Co się stało, że z albumu „Zeus. Nie żyje” mamy przeskok do „Jest super”.
Album „Nie żyje” przyniósł wiele zmian. W gruncie rzeczy była to próba przebicia się i sądziłem, że ostatnia. Myślałem: jeśli się nie uda, trudno, może faktycznie powinienem zająć się czymś innym. Byłem pod presją otoczenia i moją własną – z jednej strony chcesz mieć stały dochód, bo mówią ci, że w tym wieku to już niepoważne, z drugiej wiesz, że muzyka to jest to, co naprawdę lubisz robić. Mało kto zdaje sobie sprawę, że to po prostu ciężka orka. Próbowałem wszelkimi możliwymi sposobami “ruszyć” tę “karierę”, zajmowałem się wieloma rzeczami okołomuzycznymi takimi, jak: robienie grafik, plakatów i wzorów na T-shirty oraz ich sprzedaż, organizacja koncertów, montaż teledysków itd. Zajmuję się muzyką od 1998 roku i potrzebowałem jakiegoś przełomu, by uwierzyć, że to ma sens. Mieszkałem przez jakiś czas w Anglii i jeździłem wtedy co półtora tygodnia do Polski po to, by grać koncerty. Z gaży zostawało niewiele ponad cenę, jaką płaciłem za bilety lotnicze w obie strony. Pod koniec 2011 roku zakończył się mój ponad pięcioletni związek i na początku 2012 roku wróciłem do Polski. W tym właśnie roku, wraz z albumem „Zeus. Nie żyje” nastąpił przełom. Po tym albumie zaczął się “boom”. Chciałem wykorzystać tę sytuację do maksimum, mając wiecznie z tyłu głowy wszystkie te złe chwile, kiedy wkładałem w muzykę wszystko, co miałem, a nie wyciągałem praktycznie nic. Nagrałem 40 zwrotek gościnnych, brałem udział w teledyskach, z których część w ogóle nigdy się nie ukazała. Trzy lata przeleciały mi jakoś przez palce.

W końcu zacząłeś pracować nad kolejnym albumem.
Ta trzyletnia przerwa to chyba dla mnie najdłuższy okres między płytami, wcześniej nagrywałem średnio jeden album w roku. W grudniu 2014 zacząłem czuć presję, chciałem zrobić coś nowego. Oczywiście, miałem już jakieś kawałki, niektóre zostały zresztą dołączone jako EP-ka „Winda na 5” do preorderu albumu „Zeus. Jest super”. Pod koniec 2015 roku miałem wizję “wielkiego rapowego powrotu”, ale moje plany spaliły na panewce. Bardzo mnie to cieszy, patrząc z dzisiejszej perspektywy, ponieważ rok 2015 przyniósł wykrystalizowanie się mojego podejścia do twórczości i odcięcie się od egocentrycznych przechwałek. To, co chciałem zawrzeć na płycie w 2014, miało by się nijak do tego, jak od, powiedzmy, półtora roku się czuję. Jedną z pozostałości mojej koncepcji “rapowego powrotu” jest utwór “Solo za garażami”, który udostępniliśmy jako „freetrack”. Produkcji i wypuszczeniu tego numeru towarzyszyło pasmo porażek.

Ale jednak jest super, więc co się stało?
Kiedy w latach 1995-1998 zaczynałem słuchać polskiego rapu, moją uwagę przykuła treść. Można dyskutować o tym, czy były to trywialne prawdy, ale wtedy do mnie to trafiało. Kiedy po kilku latach dowiedziałem się o zjawisku zwanym “braggadaccio”, polegającym na wychwalaniu swoich umiejętności, nie mogłem pojąć sensu takich zabiegów. Wydawało mi się to bezsensowne. Wystarczyło jednak kilka lat, żeby zbudował się i umocnił wizerunek “Zeusa” w moich własnych oczach, więc i ja zacząłem wychwalać swoje umiejętności i opowiadać, jak to góruję nad innymi raperami. Łabędzim śpiewem tej stylistyki w moim wykonaniu było właśnie “Solo za garażami”. Problemy, które wynikły po drodze, skłoniły mnie do refleksji. Na początku 2015 roku coś się we mnie zmieniło i wróciłem niejako do punktu wyjścia, historia zatoczyła koło.

Całość możecie przeczytać: TUTAJ! – warszawa.naszemiasto.pl

 

Zdjęcie główne: https//www.facebook.com/fotografpawel/

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ